|
|
|
|
Szpital jak drugi dom
Monika Skop, 25-letnia absolwentka pedagogiki, do MCRD trafiła 12 lat temu ze zdiagnozowanym młodzieńczym idiopatycznym zapaleniem stawów (MIZS), niedoborem wzrostu i osteoporozą. Na MIZS zachorowała w wieku 3 lat — od tej pory walczy z chorobą, aby móc samodzielnie funkcjonować bez pomocy kul i wózka inwalidzkiego.
W wyniku postawionej diagnozy Monika od najmłodszych lat była pacjentką różnych specjalistycznych ośrodków, m.in. Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu oraz Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Spośród licznych dolegliwości najbardziej dokuczliwa dla dorastającej dziewczyny była duża bolesność w stawach biodrowych oraz obolałe i opuchnięte kolana. W 1998 r. gdy Monika po raz pierwszy przyjechała do Radziszowa jej stan oceniano jako ciężki, zakres ruchu w stawach biodrowych i rękach był ograniczony przez silne i bolesne przykurcze, które uniemożliwiały prawidłową postawę i sprawne poruszanie się: — Monika nigdy nie stała prosto, zawsze pochylona chodziła niczym kaczka kołysząc się na boki, aby utrzymać równowagę. Gdy zaczynałyśmy terapię była bardzo krucha i nieufna — opowiada Dorota Anielska, fizjoterapeutka zajmująca się dziewczyną od początku jej pobytu w Centrum. Dlatego głównym celem leczenia było usprawnienie motoryki ruchowej i polepszenie ogólnej kondycji młodej pacjentki, aby to jednak osiągnąć trzeba było zyskać jej zaufanie. Bardzo dobrze rozumie to Pani Dorota, która twierdzi, że praca z dziećmi wymaga od fizjoterapeuty aby ten „naprawił” nie tylko ciało ale i ducha. Ta opinia potwierdza panujące w Szpitalu przekonanie, że fizjoterapeuta w kontaktach z podopiecznymi musi być również psychologiem i pedagogiem, ponieważ bardzo często problem powrotu do zdrowia tkwi w psychice pacjenta, a nie tylko w jego fizycznych możliwościach.
Stan Moniki oceniany jest obecnie jako dobry, nie może jednak zapominać o lekach przeciwzapalnych, które będą jej towarzyszyć już do końca życia oraz profilaktycznej rehabilitacji, aby stawy były cały czas motywowane do pracy. Dziś pacjentka Centrum o swojej chorobie mówi w następujący sposób: — Na początku było mi trudno przyzwyczaić się do własnej odmienności i ograniczeń, tym bardziej, że moja choroba naznaczona jest codziennym bólem tylko z różną skalą natężenia, dlatego też na początku był żal, złość, bunt ale przyszedł też czas na pogodzenie się z rzeczywistością. Z perspektywy czasu Monika i Pani Dorota dostrzegają jak wiele już za nimi. Przez 12 lat, co rok, Monika przyjeżdżała do MCRD na 6-tygodniowe turnusy rehabilitacyjne, jej stan zdrowia zmieniał się tak jak i ona sama. Zawsze jednak mogła liczyć na olbrzymie wsparcie rodziny, pracowników Centrum, a przede wszystkim swojej fizjoterapeutki, którą do tej pory nazywa „bratnią duszą”. Z przekonaniem powtarza, że — przyjaźnie zawarte w Centrum należą do tych, które zawiera się na całe życie. tekst: Anna Putaj
|


